Być turystką w Bangkoku

September 19, 2015

Miałam iść spać, decydując że nie mam siły na opisywanie ostatnich dni, ale mama powiedziała, że codziennie tu zagląda i zmotywowała mnie żeby jednak coś napisać :)

 

Za nami weekend w Bangkoku. Sobotę pół dnia pracowaliśmy nad pierwszą Dobrą Historią z Azji, a resztę spędziliśmy zwiedzając świątynie i przyglądając się różnym ulicznym zdarzeniom. Niedziela to zwiedzanie starego miasta, które przyniosło trochę frustracji, mnóstwo zmęczenia, ale i sporo pięknych widoków, choć przyćmionych tłumem turystów i nieziemskim gorącem. W dodatku żeby wejść do głównych świątyń trzeba być zakrytym niemal w całości, większość ludzi paraduje więc po ulicach przy upale milion stopni w dżinsach i bluzkach z długim rękawem.

 

Skoro już piszę, to podzielę się kilkoma spostrzeżeniami, żeby mi nie umknęły, a może i Wam wydadzą się ciekawe.

 

Po pierwsze, po zapoznaniu się z metrem, tramwajem i pociągiem, przyszedł czas na autobusy, łódki i taksówki. Te pierwsze głównie stoją w korkach, drugie z pewnością nie mają żadnych zasad bezpieczeństwa, a trzecie często są tańsze niż metro czy pociąg. Przy czym, z nieoczywistych oczywistości, jeśli adres miejsca do którego chcecie dotrzeć napisany jest po angielsku, najprawdopodobniej kierowca go nie zrozumie, znając tylko tajski alfabet. Nazwa ulicy więc nie pomoże. Najlepiej mieć przy sobie telefon do kogoś, kto taksówkarzowi po tajsku wytłumaczy dokąd zamierzamy dojechać.

 

Po drugie, póki nie wkroczy się do turystycznej części Bangkoku, nikt nawet zaskakująco nie chce nic sprzedać ani nigdzie zaprowadzić. Niestety w turystycznych regionach robi się jak w wielu innych miejscach – ceny rosną, wszyscy chcą zabrać Cię w to samo, najbardziej turystyczne miejsce i włącza się bardzo niechciana niechęć do każdego kto zdawałoby się chce pomóc. Bo może to nie o pomoc tak naprawdę chodzi? A jednak w większości przypadków to pomoc po prostu. Dziś poza paroma osobami, które zdawały się mieć jakieś inne zamiary, wiele innych wskazywało nam drogę, podpowiadało co i jak zrobić, a jedna zabrała nas nawet motorem na pobliską stację – chyba wyglądaliśmy na zgubionych (tak istotnie było).

 

Po trzecie, nie jest łatwo z tym jedzeniem. Zdobycie wegetariańskiego, taniego i niezbyt ostrego jedzenia jest jednak sporym wyzwaniem. Głównie je się tu korzystając z małych straganów na ulicy, które są wszędzie i sprzedają wszystko, tylko że bez tajskiego trudno zgadnąć co znajdzie się na talerzu. Jest jednak coś uroczego w ludziach jedzących na ulicy przy prowizorycznie ustawionych stołach. Małe mieszkania, dla 1-2 osób, nie mają nawet kuchni, bo i po co skoro nawet szybciej i często taniej można zjeść na ulicy?

 

Po czwarte, mieliśmy okazję tylko przez chwilę zobaczyć Bangkok nocą, wystarczyło jednak by stwierdzić, że wiele jest tu jeszcze do

zrobienia w kwestii praw kobiet. I nie tylko.

 

Na tym skończę dziś. Od jutra zaczynamy kolejną serię spotkań z różnego rodzaju światozmieniaczami. Trzymajcie kciuki!

 

 

Share on Facebook
Please reload

RELATED | POWIĄZANE

Please reload

  • White Facebook Icon
  • White Instagram Icon
  • White YouTube Icon

YouTube

We are Anna and Andrea, a Polish-Italian couple traveling around the world. We are looking for changemakers,  in order to describe and share their stories.

Our journey is based on exchange: story telling and other skills in exchange for a place to sleep and food. 
 

Join the GoodNewsLetter