Wyciągnę z tego dobro

Wyciągnę z tego dobro

WYOBRAŹ SOBIE

Skawina | Polska

Nie podoba mi się twoje pytanie. Co to niby znaczy, że mi się udało?

 

Jeśli porównam swoją sytuację z dziewczynami z mojego bloku w Skawinie... to faktycznie jest tak, że niektóre z moich koleżanek już nie żyją albo są w bardzo trudnej sytuacji. Więc można powiedzieć, że mi się udało.

 

Czasem mówię sobie: Aneta, bez przesady. Żyjesz w dobrym związku, masz dzieci, choć mówili, że nie będziesz miała, przerobiłaś tę swoją przeszłość na milion różnych sposobów, uczysz teraz ludzi jak unikać pewnych błędów, więc tak naprawdę jest dobrze, nie?

 

***

 

W wieku 22 lat usłyszałam, że mam guza, jajnik i jajowód do wycięcia, razem z informacją, że nie będę miała dzieci. Z perspektywy psychologicznej, jak się wychowało cztery siostry, to organizm może nie mieć ochoty na kolejne dzieci. Potem gastroskopia i lekarz, który mówi, że mam przełyk i przepuklinę w takim stanie, jakbym miała lat 65 i całe życie dźwigała ciężary. Dalej – kardiolog. Ciągle mnie pytał, czy wyczynowo trenowałam jakiś sport, bo wydolność serca mam ogromną. Mogłabym biegać maratony.

 

Wszystko zostało zapisane w ciele.

 

Zresztą nie tylko moim. To ciało Dawida, mojego syna, zmusiło mnie do przyjrzenia się własnemu życiu, do zaciągnięcia hamulca. Zaczęło się od jego choroby autoimmunologicznej. Potem przyszły tiki. Biegałam po lekarzach, żeby znaleźć powód medyczny, bo on był dla mnie bardziej do przyjęcia. Moment, w którym musiałam wpisać w wyszukiwarkę: psychiatra Kraków, szukając lekarza dla siebie, był jednym z najgorszych w moim życiu. Bo musiałam sobie powiedzieć: to ja potrzebuję pomocy.

 

Dawid przestał mieć tiki, przestał chorować, zaczął się śmiać, inaczej ruszać, inaczej zachowywać. Albo ten moment, kiedy po raz pierwszy krzyknął. Dopiero wtedy zauważyłam, ile narobiłam mu życiowo kłopotów. Tylko dlatego, że miałam nieprzepracowaną złość, nie pozwalałam na nią w domu, wyparłam ją z własnego dziecka. Bo wydawało mi się, że między złością a przemocą jest tylko jeden krok. A ja chciałam strasznie, żeby w naszym domu nie było patologii. To był moment ogromnej motywacji, kiedy Dawid przestał chorować, powiedziałam sobie: dobra, spieprzyłam to, ale udało się naprawić. Naprawiam dalej.

 

Nie tylko w swojej rodzinie. Stąd ta Fundacja.

 

***

 

W wersji płytszej mówię zawsze, że to efekt kryzysu wieku średniego, potrzeba rzucenia korporacji i zrobienia w życiu czegoś innego. W wersji głębszej przypomniałam sobie historię z okresu, kiedy miałam lat 16. Nie pamiętam już czy ojciec mnie z domu wyrzucił, czy ja sama trzasnęłam drzwiami. Pamiętam, że była zima. Wybiegłam w podkoszulku, na śnieg, z kurtką w ręku.

 

Kiedy weszłam do domu mojego ówczesnego chłopaka, jego matka zadała mi tylko dwa pytania:

- Pokłóciłaś się z ojcem?

Powiedziałam, że tak.

- Możesz wrócić?

Powiedziałam, że nie.

Pościeliła mi łóżko. Rano zrobiła śniadanie. Kiedy dzień później wróciłam do domu i usłyszałam, że mogę wejść, tylko na kolanach, mogłam powiedzieć „nie". Wiedziałam, że mam gdzie pójść.

 

To była jedna z ważniejszych rzeczy, która mi pomogła, miałam poczucie, że nie muszę tego znosić. On nie ma nade mną aż takiej władzy. To mi dało siłę. I wtedy pomyślałam, że dziecko, które wybiega z domu w takiej sytuacji, musi mieć miejsce, do którego może przyjść. Obiecałam sobie, że kiedyś takie miejsce stworzę.

 

***

 

Nigdy nie opowiadałam o tym, co dzieje się w domu, nawet przyjaciółkom.

 

Poza tym jednym razem. Miałam może 17 lat. Wieczór wcześniej była w domu masakra. Szłam do nauczycielki, by powiedzieć jej, że nie nauczyłam się do sprawdzianu. Byłam wyćwiczona w konfrontacji, nigdy nie uciekałam ze szkoły. Stanęłam wtedy przed nią, na schodach i powiedziałam coś na usprawiedliwienie. Byłam wymalowana żeby nie było widać siniaków. Mimo to od razu powiedziała: ojciec cię bije. To był dla mnie szok, że ona odgadła, co się wydarzyło. Nie było wtedy sprawdzianu, nikt go nie pisał. Poszłyśmy do pedagoga. Do dziś uważam, że rozmowa z panią pedagog nie miała najmniejszego sensu. Zasugerowała, że być może więcej czasu powinnam spędzać z mamą, bo wiadomo, że tata ma problem alkoholowy. Odpowiedziałam, że mama też ma problem alkoholowy. To może u babci i dziadka mogłabym więcej czasu spędzać? Odpowiedziałam, że babcia i dziadek też mają problem alkoholowy. Ciotka, wujek, kuzynka? Wszyscy mają problem alkoholowy. W końcu zapytała: jak mogę ci pomóc? Poprosiłam, żeby załatwiła obiady za darmo wszystkim młodszym siostrom. Nie było takiej szansy, żebym stwierdziła, że to ja czegoś potrzebuję. Byłam już jednak nauczona sięgania po pomoc dla innych, to było dla mnie prostsze.

 

Sprawa w szkole ucichła, bo moja wychowawczyni powiedziała, że to nie może być prawda, jestem zbyt dobrą uczennicą i zbyt często się uśmiecham. Na pewno nie jest tak źle.

 

Do tej pory pamiętam te słowa: na pewno nie jest tak źle.

 

Jednak to, że tamta nauczycielka dostrzegła, jakoś się tym zajęła, przeprosiła mnie nawet, że więcej zrobić nie może - było dla mnie znaczące. Dawało mi siłę, znowu trochę więcej siły.

 

Dużo dawała mi też obserwacja. Patrzenie, że może być inaczej. Jak miałam 8 lat, potrafiłam wstać godzinę wcześniej, pójść po koleżankę do jej domu, choć wiedziałam, że tam jeszcze wszyscy śpią. Pukałam, jej mama mnie wpuszczała i mówiła, że jest jeszcze wcześnie. Ja na to, że poczekam. I siedząc w tym przedpokoju, obserwowałam co się dzieje. Patrzyłam, że ona ma przygotowane ubrania, że mama robi jej śniadanie. Wiedziałam, że istnieje inny świat niż ten mój. To mi dawało nadzieję. Mnie się nie przytrafił, ale to w zasadzie nie ma znaczenia. Bo jest.

 

Wierzyłam też, że to wszystko dzieje się po coś. Że Bóg mnie przecież kocha, że to tylko jakaś lekcja do odrobienia. Ja ją z pomocą Boga odrobię i wyciągnę z tego dobro.

 

Mam obsesję koncentrowania się na dobru. Zamieniania deficytów w zasoby. Szukania grudek złota w całym tym piachu życia. I jeszcze obsesję na punkcie tego, że się da. Paradoksalnie to ojciec mi często powtarzał: dasz radę. To było dla mnie ogromnie ważne. Dziś takie słowa jak „dasz radę" czy „jestem z ciebie dumny” stały się podstawą funkcjonowania Fundacji.

 

Nazwałam tę swoją Fundację – Wyobraź sobie. Od dziecka wyobrażałam sobie, że można żyć inaczej. Co wieczór. Szłam spać, kładłam się do łóżka i malowałam w wyobraźni obraz. Dużo też pisałam pamiętników. Cały dzień czekałam, żeby móc wszystko zapisać. Nie mogłam przecież nikomu powiedzieć.

 

Kilka lat temu otworzyłam te pamiętniki, 12 lat pisania. Przeczytałam wszystkie na raz, jednej nocy, na głos, z winem i z Jolką, jedną z sióstr, obok. Taka terapia. Pamiętam, że jak się przymierzałam do czytania, to bałam się, że otworzę klatkę z zamkniętym potworem, że znowu wejdę do piekła.

 

Żadnego potwora tam nie było, niemal ani słowa o ojcu. Tam było dziecko, bardzo małe dziecko, z nieprawdopodobnym poczuciem winy. Wszędzie, na każdej stronie: „jestem za to odpowiedzialna", „nie mam nic dla dzieci", „wszystko przeze mnie". Wylewanie emocji, strachu. Ani słowa o faktach.

 

W domu nie mogłam płakać. Każde pokazanie strachu doprowadzało ojca do furii. Chodziłam tam, gdzie można było płakać, na pogrzeby, do kościoła. Rysowałam też te łzy. W ogóle sporo rysowałam. Więcej jeszcze tańczyłam. Chodziłam na wszystkie możliwe zajęcia dodatkowe, żeby tylko nie być w domu. Wówczas to było prostsze, były za darmo, nikt nie pytał o zgodę rodziców. A też nikt mnie w domu na siłę nie trzymał.

 

Moje siostry?  Były cztery. Sylwia młodsza o 3 lata, Jolka o 5 lat, Marzena o 7 i Agnieszka - o 14. Największy problem miałam z urodzeniem się Agnieszki. Miałam 14 lat i płakałam przez całą ciążę, że nie dam rady, że już następnego dziecka nie dźwignę.

 

To ważne jednak, że były. Chociażby kwestia dotyku. Rekompensowałyśmy sobie z dziewczynami jego brak. Spałyśmy razem, umawiałyśmy się ile minut która której masuje plecy. Nie pamiętam, żeby mnie przytulała mama, ale przynajmniej byłam przytulona przez siostrę.

 

Choć moje kuzynki opowiadają, że na początku było dobrze, że matka się starała, że mi zazdrościły, bo ojciec bawił się ze mną na dywanie. Nie pamiętam tego, ale może te pierwsze lata miały znaczenie?

 

Ojciec ciągle powtarzał, że dam radę. Chyba też się gdzieś mną chwalił. Ta szkoła i dobre oceny dawały mi jednak sporo. Zarówno w tamtym momencie, jak i później – z łatwością dostałam się na studia, założyłam własne biuro rachunkowe, znalazłam pracę w korporacji. Wiesz, on mi w pewien sposób dużo dał, mimo całej masakry. Więcej niż matka, z nią nie miałam żadnego kontaktu. Czasem myślę, że wystarczyłoby gdyby dostali wsparcie w odpowiednim momencie, gdyby ktoś im pokazał, że można inaczej. Gdyby ktoś pomógł im poradzić sobie z ich własną przeszłością.

 

Pamiętam, jak sobie jako dziecko obiecałam, że to będzie ostatnie pokolenie takiej rzezi. I to nie chodzi tylko o ten alkohol, bo alkoholu może nie być, a patologia zostaje, powtarza się pewne mechanizmy, schematy, nawet jeśli pozornie w inny sposób. Nie trzeba dziecka uderzyć, żeby było pobite.

 

Za mną lata terapii, zaglądania w głąb siebie, odkrywania tego, co mi pomagało. Za każdym razem jak wiem, co to mogło być, wnoszę to do Fundacji. Dajemy dzieciom i rodzicom umiejętności. Dajemy im obecność.

 

W Fundacji pracujemy równolegle z dziećmi, młodzieżą, dorosłymi. Dzieci i młodzież uczymy kreatywności, samodzielności, rozpoznawania i wyrażania emocji, wzmacniamy ich i zachęcamy do podejmowania działań na rzecz społeczności, dzięki takim programom jak Akademia Emocji, Światozmieniacze czy Destination Immagination. Dla dorosłych organizujemy przede wszystkim Szkołę dla Rodziców, pomagamy im komunikować się z własnymi dziećmi, radzić sobie z konfliktami i z własnymi emocjami, razem przechodzimy przez zmiany. Zdarzają się historie, w których tata pierwszy raz porozmawiał ze swoim 8-letnim synem czy nastolatka, która dziękuje, że jej mama bierze udział w naszych zajęciach. Bo czuje różnice.

 

Wiesz, myślę, że to już się udało. Stworzyłam bezpieczne miejsce, o którym marzyłam jako dziecko. Nie tylko w sensie fizycznym. Dziś rozumiem, że bezpieczne miejsce to przede wszystkim przestrzeń w nas samych, to wiara w to, że się da. Ludzie wychodzą stąd z nadzieją, że można inaczej.

 

 

 

 

Tekst publikowany również w Dużym Formacie.

Więcej o Fundacji Wyobraź sobie: wyobrazsobie.org.pl 

 

Share on Facebook
Please reload

RELATED | POWIĄZANE

Please reload

  • White Facebook Icon
  • White Instagram Icon
  • White YouTube Icon

YouTube

We are Anna and Andrea, a Polish-Italian couple traveling around the world. We are looking for changemakers,

in order to describe and share their stories.

Our journey is based on exchange: story telling and other skills in exchange for a place to sleep and food. 
 

Join the GoodNewsLetter